Piątek, koniec pracy, już po 'godzinie zero', kiedy zaczyna się, wyczekiwany jak gwiazdka w wigilię - weekend.
Szefowa - Gosia, co się stało, co tutaj robisz? Chcesz być jak najdłużej w pracy?
Ja - No tak :) nie mogę się oderwać.
Szefowa - Wiem wiem, przecież cię już dobrze znamy.
Cała rozmowa była żartobliwie ironiczna.
Tak się zastanawiałam, czy ona wyczuwa, że ja jestem tu już tylko ciałem?
Dzisiaj sprzątałam parę godzin dokumenty, szafki.
I robiłam to z myślą o jeszcze nie dookreślonej przyszłości. Że gdy będę odchodzić, nie będę musiała tego robić :)
Że zamknę komputer, spakuję kubek do torby i zdam klucze.
Nie będzie się to zewnętrznie różniło od końca tygodnia, tylko, że weekend od TEJ pracy będzie nieskończenie długi :)