Nie wiem dlaczego, ale odczuwam jakiś wewnętrzny przymus pisania, chociaż czuję się ostatnio jak wypalona świeca (może być i wigilijna). Może dlatego, że już po świętach.
W pociągu udało mi się jechać z przesympatyczną dziewczyną z weterynarii, i tym sposobem dowiedziałam się, że szczury bardzo łatwo się przeziębiają, i są ludzie, którzy robią jakieś zabiegi króliczkom w nosie za 500 zł, podczas gdy królik kosztuje 60 zł. I mnóstwo innych fascynujących rzeczy. I ta osoba również była w Salt Lake City i... i miło spotkać bratnie dusze w tym zwariowanym świecie.
Podobno przechodzę kryzys, to powiedziała mi inna pokrewna dusza.
Blog traci bezpowrotnie swoją pierwotną koncepcję (co raz mniej rzeczy mnie zadziwia i zachwyca :(, a ja nie chcę by był pamiętnikiem.
A najbardziej ze wszystkiego chce mi się grać na pianinie.
Poza tym mam wrażenie, że wszyscy znajomi są w ciąży, a na dodatek codziennie ktoś pyta 'co robisz w sylwestra??'.
Podobno kryzys jest początkiem nowego życia. Zawsze wynajduję sobie takie złote myśli i się ich trzymam kurczowo...
2 komentarze:
jeśli kryzys jest początkiem nowego życia to ja jestem na tak!
Lubię takie entuzjastyczne okrzyki :)
Teraz jakoś już inaczej patrzę na tego posta i ten cały kryzys. Jakoś bardziej zadaniowo...
Kryzys to jest jakby łańcuch gór, przez który trzeba się przebić :), hmm? :)
Nie ma innej drogi, po prostu trzeba się z tym zmierzyć. A po drugiej stronie jest ta dalsza część nowej drogi.
No i jeszcze mam takie skojarzenie, że kryzys musi być pozytywnie rozwiązany. To jest chyba też warunek nowego życia. Czyli nie można się zgubić w tych górach :)
Prześlij komentarz