Yellowston NP i "święte krowy" Ameryki Północnej ;) Dozwolona prędkość w parku - jaka to prędkość, przekonasz się podążając za bizonem. Czas przejazdu przez park narodowy - jest zależny od ilości bizonów przekraczających drogę i czasu podejmowania przez nich decyzji, którą trawę i po której stronie drogi schrupać. Uwaga! Bizony bywają nieobliczalne, przekonaliśmy się naocznie, ostrzeżenia nie kłamały. Widzieliśmy jednego przeskakującego nad maską samochodu. Zahaczył swym ciężarem i kopytami o maskę. Na szczęście nie naszą...
Jakoś ciągle jeszcze w podróży jestem, pociągach i nie mogę do końca wrócić do poprzedniego rytmu. I chyba nie chcę tego poprzedniego rytmu sprzed wycieczki. Podróż to jednak moje życie, i dosłowne i w przenośni. Wydaje mi się, że nawet łatwiej jest coś rzucić, wyjechać niż wiernie trwać przy swoim pueblu? :) Na zdjęciu uwieczniłam niekończący się pociąg, który mijaliśmy gdzieś w Arizonie lub Kalifornii, niedaleko meksykańskiej granicy (którą z dziką chęcią przekroczyłabym jeszcze w przyszłości).
PS. Tęsknię. Taaak... Człowiek - wiecznie niezaspokojona istota :)
Na wstępie :) chciałabym powiedzieć, że mam potrzebę opisania naszej miesięcznej podróży na osobnej stronie lub blogu ze zdjęciami i komentarzami, ale potrzebuję jeszcze tylko trochę więcej czasu... :)))
Udało nam się zrealizować cały plan! Przejechać ponad 5200 mil, zobaczyć 8 parków narodowych i co najważniejsze zejść na samo dno Wielkiego Kanionu! Jak to się stało opiszę później... Obudziłam w pobliżu rzeki Kolorado w dzień swoich urodzin i wychodziłam z Wielkiej Dziury około 7 godzin. Od zawsze fotografie Arizony i Utah niesamowicie mi się podobały, widoki bezdroży, surrealistycznych krajobrazów jakby z innych planet, ale rzeczywistość przerosła najśmielsze oczekiwania. Wakacje były intensywne. Wymagały dyscypliny, porannego wstawania, wytrzymałości i tolerancji :) na ciągłe zmiany miejsca do spania (praktycznie każda noc w innym motelu, po pewnym czasie w naturalny rytm dnia weszło rozpakowywanie i pakowanie). Bardzo pomogły nam w podróży oprócz ludzkich zdolności, urządzenia: GPS i BlackBerry. Mapy też mieliśmy, ale to BARDZO ułatwiło różne decyzje. No i również auto wiozło nas wszędzie bez ani jednej awarii :) Mieliśmy niesamowite szczęście, opiekę podczas tej podróży, bo nawet pogoda nam sprzyjała, w odpowiednich miejscach gdzie potrzebowaliśmy słońca (np. San Francisco) to było słońce, a gdzie niekoniecznie (wyjście z Wielkiego Kanionu) - były chmury... Może brzmi to bajecznie, ale naprawdę w tej chwili po powrocie widzę już wszystko w różowych okularach, na fali spełnionych marzeń. Ale postaram się o rzeczowość i konkrety w następnych odcinkach mojej telenoweli. Pozdrawiam gorąco:)
Jutro wylatuję do NYC. Sama :) nieźle...:) [proszę trzymać kciuki ;)]. I znikam na miesiąc. Przynajmniej już mam doświadczenie, że po drugiej stronie oceanu rzeczywiście coś jest:) Z powodu ograniczonej ilości dni wolnych, pracuję do ostatniego dnia. Ne mogę uwierzyć, że to już już, prawie! W międzyczasie jak ogarniał mnie jakiś stres, czytałam o parkach w których będziemy, o bizonach, misiach, górach, lodowcach, bezdrożach i od razu się nakręcałam pozytywnie. Jakoś nie mogę jeszcze uwierzyć, że jadę spełnić jedno ze swoich marzeń. A właściwie ono jakoś tak samo do mnie przyszło. Ja tylko podjęłam decyzję, poruszyłam złoża w banku, kliknęłam parę razy myszką (światłowody są jak myślenie życzeniowe, załatwiają bilety, rezerwacje itp. :)). Jeszcze tylko muszę znaleźć program do pakowania rzeczy do plecaka! A w NY spotkanie z trójką współpodróżników i heja ;D lecimy dalej -> Salt Lake City -> Grand Teton NP -> Yellowstone NP -> Crater Lake NP -> San Francisco -> Yosemite NP -> Sequoia and Kings Canyon NP - > Big Sur -> LA -> San Diego -> Grand Canyon -> Antelope Canyon -> Zion NP i Bryce NP -> Salt Lake City -> NYC Taki jest plan, czy taki zrealizujemy? Zobaczymy :) Nie mogę uwierzyć, że to już jutro!!! Niech mnie ktoś uszczypnie :))))) Tyle razy ludzie życzli mi na urodziny - Spełnienia marzeń! No i to wcale nie jest czcze gadanie :D!!
ps. nie uda się przenocować na dnie Wielkiego Kanionu, bo rezerwacji nie załatwiliśmy na czas :( [czyli Wielka Wtopa]. Pozwolenie załatwia się tylko tradycjną pocztą lub faxem. Światłowody jeszcze tam nie dotarły :>
Okazuje się, że kolor niedźwiedzi jest mylący - oba gatunki mogą mieć futro od koloru jasnego po czarny. W Parku Narodowym Grand Teton jest duża szansa spotkania niedźwiedzia, to 'kraina niedźwiedzi' (bear country). Na stronie parku jest ciekawa notatka co robić, kiedy się napotka niedźwiedzia. O dreszcze przyprawił mnie fragment, który opisuje sposób 'na trupa'. Nie wiem czy tak potrafię ;D Obawiam się, że jeśli nam się to przytrafi (odpukać!!) mogłabym pęknąć ze śmiechu (naturalnie ze strachu). Chociaż byłoby co opowiadać...
Jak fajnie jest przygotowywać coś dla kogoś, kto mieszka na zachód od Europy. U nas jest już sobota 12.00 a tam... hellouu, jeszcze śpią sobie w najlepsze i chrapią (6 godzin różnicy), a ja mam 6 godzin więcej na przygotowanie czegoś :) jaki komfort. Miło byłoby mieć szefa np. w NYC. Np. na przygotowanie raportu zawsze o 6 godzin więcej, hehe.
Wczorajsze testy tylko potwierdziły to co podejrzewałam. Pani alergolog - taaaak... (chodziło jej o wielkość plamy na pokłutym przedramieniu). Mega uczulenie na roztocza. Ja- co mogę z tym zrobić jeśli chodzi o profilaktykę domową? Pani lekarz - w zasadzie nic, kilkuletnie odczulanie, inaczej astma oskrzelowa. ROZTOCZA SĄ WSZĘDZIE. To paskudne zdanie spowodowało, że już inaczej patrzę na moje otoczenie. Na moje wygodne mebelki, turkusowe firanki (a jak z nich zeskoczy na mnie taki roztocz?). Generalnie zrobiło się niemiło. Niemiła świadomość, że są one WSZĘDZIE. Ach gdyby tak być uczulonym na kota. Wyeliminować jednego kota - to byłoby to znacznie prostsze... :(
Autentycznie można utonąć w sklepach z ubraniami. Tego jest za dużo, za duuuużoooo. Za dużo sklepów, za dużo marek, za dużo ciuchów! Za dużo taniochy i badziewia. Kto to wszystko szyje? I kto to wszystko kupi??!! Po co nam tyle tych ciuchów? Ratunku.
Czytając, oglądając zdjęcia myślę, że najchętniej ominęłabym wszystkie duże miasta. Najbardziej fascynują mnie Yellowstone, Yosemite, Big Sur, no i Utah i Arizona. Właściwie cała przyroda mnie fascynuje bardziej niż kiedykolwiek. Las Vegas oczywiście pominiemy - takie widowiska są zbyteczne, gdy ma się do wyboru nocleg w kanionie lub innym dzikim miejscu. Może dlatego czuję taką chęć ucieczki od wielkich miast, bo mieszkam w Warszawie. I czas wypocząć w zupełnie odmiennych warunkach. Okazuje się, że Arizona jest najbardziej indiańska wśród stanów. Wiem, że Amerykanie uważają, że indanie potrafią tylko dłubać w nosie, ale teraz gdy miałam możliwość czytania sposobu kolonizacji tych obszarów przestałam się dziwić, że ich energia została tak stłamszona. Wybici, zepchnięci ze swoich terenów i zderzeni z inną kulturą, która próbowała i nadal próbuje ich zmienić. Wiele parków w okolicy Grand Canyon jest trudno dostępnych, gdyż wciąż brak możliwości dojazdów (indianie nie chcą zgodzić się na budowę drogi lub kolei, chroniąc w ten sposób teren przed turystami i zachowując nimi kontrolę). Tam gdzie można dojechać (do przepięknych rzadko uczęszczanych kanionów, wodospadów), często trzeba korzystać z usług przewodnika. Myślę, że chętnie zapuściłabym się w jedno z takich miejsc i chętnie zapłaciłabym za to dodatkowe pieniądze. Wiem, że na bezdrożach i pustyniach Nevady i Arizony Amerykanie testują broń, wojsko, samoloty i inne takie nowoczesne rzeczy. I w tym samym stanie są wioski, w których ludzie żyją jak 100 lat temu, albo i dłużej. Dziwaczna koegzystencja.
Z serii: abstrakcyjnie na fali głupawki przed Wielkim Pakowaniem do usa
W ramach treningu przed podróżą wracałam dziś z pracy do domu piechotą. Trwało to może z 1.5 godziny. W każdym razie w połowie trasy, tam gdzie parki zawracają, wleciała mi do oka mucha. Okropnie bolesne zderzenie. Nic nie widziałam, mucha była gigantyczna i wyleźć nie chciała. I odruchowo weszłam do jedynego w okolicy sklepiku, bez wahania zapytałam czy ktoś ma lusterko. Jedna staruszka podała mi lusterko mówiąc, że jedna część jego powiększa, a druga zmniejsza. Wyjęłam duże nieżywe już stworzenie z oka. Niesamowicie bolało. Oddałam lusterko z wielkim podziękowaniem (nie wiem co zrobiłabym bez niego). A staruszka: tak to już jest z muchami.
'Bliska więź z innymi temperuje złudzenia, ze wiemy o sobie i świecie wystarczająco dużo albo wszystko. To trochę tak jak umieścić dwa nieobrobione kamienie w niewielkim pojemniku i długo nimi potrząsać. W rezultacie kamienie zaczną tracić ostre krawędzie i nabiorą gładkich, szlachetnych kształtów. Pojedynczy kamień ma wprawdzie wygodniej, ale niewiele się z nim dzieje. Wygoda to zgubny projekt na życie'
(fragment wywiadu W. Eichelbergera z R. Dziurdzikowską)
Właśnie wróciłam z Wrocławia. Spotkałam się z M i Ł. Było mega super fantastycznie. Nie widzieliśmy się z 2 i 3 lata, ale po pięciu minutach już się czułam z nimi jak na studiach. Porozrzucało nas po Polsce, Europie, a nawet za oceanem. Zmieniliśmy się i jednocześnie się nie zmieniliśmy. Udało nam się odtworzyć na chwilę beztroskę ze studiów! Nasza 'paczka' składała się z ludzi, którzy do domów mieli bardzo daleko i dlatego spędzaliśmy ze sobą bardzo dużo czasu, przez 5 lat zgromadziliśmy mnóstwo wspomnień, które chyba tylko dla nas mają jakieś znaczenie i śmieszą. Ale napiszę :) Sigmunta wkurzały nasze spleśniałe jogurty w lodówce; zepsuliśmy gilotynę, którą mieliśmy pociąć tysiące ulotek na Aktualia; chłopcy gotowali, a my z M walczyłyśmy z wizją kury domowej; swoje dzieci 'do obserwacji' półtorarocznej na psychologię rozwojową znaleźliśmy (dosłownie) na placu zabaw, i każdy wybrał sobie dziecko, nim jeszcze podeszliśmy do ich mamy zapytać czy możemy odwiedziać ich w domu; na imprezach w naszym mieszkaniu pojawiali się różni ludzie, m.in. człowiek pająk, który chodził po ścianach, kolega z 2 metrową tubą, który potem szedł na nocleg do lasu; T piekła cudowną szarlotkę; P na egzaminie próbował policzyć na palcach zmysły, bo nie uczył się wcześniej, a prof. do niego ' ale proszę pana, zmysłów jest 14 tys.', ja akompaniowałam w teatrze dla totalnie niezdyscyplinowanych aktorów; prof. od filozofii wyszła z egzaminu, bo śmialiśmy się z podobizny Pitagorasa; zrobiliśmy nawet prawdziwy kulig za miastem; Tysiące drobiazgów, wydarzeń, abstrakcyjnych żartów i głupot! Mnóstwo fantastycznych niepowtarzalnych, zaangażowanych ludzi. A wystarczyło 1,5 dnia, trójka osób i tysiące nieużywanych neuronów natychmiast zaskoczyło.
Wczoraj R mi zaimponował. Uczy mnie hiszpańskiego i koncentrujemy się na nauce języka, ale pomiędzy gramatyką i ćwiczeniami wymieniamy trochę prywatnych newsów, i czasem coś daje mi do myślenia. Więc postanowił zostać w Polsce na dodatkowe dwa lata (a miał być tu na ok rok). Wraca do Brazylii tylko na moment, by odnowić wizę i jak się uda zaczyna iberystykę (magistra). No i postanowił podejść do jakiegoś państwego egzaminu z polskiego, by zostać tłumaczem i nauczycielem. A zaczął naukę polskiego z 10 msc-y temu. Skubany jest tak zdeterminowany i radosny, i zadowolony, zakuwa tę polską gramatykę i jeszcze to lubi! Śmieje się ze mnie jak pocę się przy trybie rozkazującym i czasach hiszpańskich. Lubi pokazywać mi wyjątki od jakiejś reguły, a potem dodaje 'i am sorry' :) Mówi, że ma podobnie z naszymi słówkami, dla niego na razie nie do odróżnienia są wyrazy - 'podjechał, zjechał, wyjechał, rozjechał, wjechał, nadjechał' :) I wtedy ja z podobnym uśmiechem mogę powiedzieć mu to samo, co on mi mówi: ' z czasem załapiesz i będzie ci wychodzić naturalnie' :)
Chciałabym wiedzieć, co sprawia, że niektórzy ludzie mają taką pasjonacką naturę? I do tego jeszcze zarażają innych. Wiara w siebie, wytrwałość, optymizm czy coś innego? No i gdzie to można dostać? :)
Nie jest łatwo wrócić po kilkudniowym urlopie do pracy, kiedy za 2 tygodnie Wielka Wyprawa i tyle jeszcze przygotowań. Ale miło było zobaczyć się z ludźmi z pracy i zobaczyć karteczkę od szefowej 'cieszymy się, że jesteś już dziś z nami w pracy' (takie kartki to normalka w Warszawie, tak słyszałam, zwłaszcza w korporacjach :P...). W każdym razie ilość rzeczy do załatwienia i problemów większa niż zwykle, myśli krążą jak natrętne owady i tłoczą się w głowie jak ściśnięta ciemna włóczka (nieczesana [żeby było bardziej dramatycznie]). Są takie chwile, że myślisz, że już nie wytrzymasz. Że trzeba do kogoś zadzwonić, ale z drugiej strony tak jakoś głupio. Powiedzieć, że się wróciło z urlopu i ciężko jest? Że się ma pracę, jest się zdrowym, wszystko OK, ale ciężko... No więc trzeba było coś zaradzić. Spróbowałam wyłowić nurtującą mnie myśl nr 1 z kłębka pozostałych (ale teraz poważnie mówiąc). Koncentracja i problem idzie na warsztat. Myślę jak go rozwiązać. Niestety w międzyczasie myśli 2 i 3, nawet 4 wkręcają się i zapominam o 1!! I tak parę razy. Powracamy do 1. Nie jest to łatwe, robić rzeczy po kolei, myśleć po kolei, do końca, krok po kroku, i nie rozpraszając się. Trochę mi się udało rozładować korek myślowy. Zrobiło się luźniej. Ale autentycznie wymagało to wysiłku. Każda myśl - problem musi mieć swój czas. Chyba jak dziecko. Nieco pomogło. I na koniec song na uspokojenie myśli. [ktoś mi kiedyś przesłał tę piosenkę - 'wschodząca gwiazda polskiego jazzu'; jeśli wierzyć temu, co piszą gazety ;)]
Jakkolwiek trudno komentować tego typu zachowania, nie ulega wątpliwości, że owce postanowiły nie pokazywać twarzy. Przyczyny tego zjawiska nie są do tej pory znane. Istnieje podejrzenie, że chcą pozostać anonimowe.