Zastanawiam się czy jest to dobre, gdy pracownicy bardzo długo pracują w jednej firmie. Z jednej strony takich pracowników uważa się za lojalnych, przywiązanych, którzy przejawiają w stosunku do firmy zaufanie, znają firmę, są to często chodzące legendy, znają branżę, ludzi są wobec tego kopalnią wiedzy i źródłem kontaktów. Pracowników długoletnich nagradza się za przepracowanie okrągłych lat i z jednej strony słusznie. Oni też czerpią korzyści, gdy firma zaspokaja im potrzeby, których oni akurat potrzebują: bezpieczeństwa, stabilności, docenienia, aprobaty, stałości lub innych.
Z drugiej strony czy aby na pewno dla tych osób i firmy jest to pozytywne, być związanym z jednym miejscem pracy przez połowę swojego życia?
Myślę, że długodystansowość w jednej firmie może być dobra dla obu stron tylko wówczas, gdy jest to firma elastyczna i zmieniająca się wraz z rynkiem, dostosowująca swoją kulturę do swoich czasów. Owszem może zachowywać tradycję i stare wartości, ale dostosowując do tego co nowe na zewnątrz. Wtedy firma się zmienia i rozwija, a z nią i pracownik. Ale wymaga to również oddania ze strony pracownika, rozwija się on w tempie jaki nadaje firma..
Swoją refleksję wysnuwam pod wpływem pracy w budżetówce, obserwacji starych pracowników, którzy swoich zachowań nie zmienili wydaje się od czasów PRL-u, oraz młodych pracowników, którzy sami może nie widząc przesiąkają kulturą budżetówki i nabierają nawyków podobnych do starszych pracowników. To ostatnie mnie przeraża. To zupełnie nie łączy się z entuzjazmem, inicjatywą! odwagą do działania, poczuciem, że mogę zrobić coś sensownego, twórczego itp. Rozumiem, że są ludzie mrówki i ludzie twórczy, że potrzeba każdego, by firma dobrze funkcjonowała. I głęboko wierzę, że każdy pragnie dawać z siebie to co potrafi najlepiej i być godziwie nagradzany (pieniężnie i słownie). Ale przeraża mnie taki system zarządzania, skostniałe struktury pełne regulaminów, papierologia, spychologia i wszechogarniający niepokój, by.... podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję, irytacja na to co nieoczekiwane, zmienne, odmienne od ‘mojego’ sposobu myślenia, dziury w komunikacji wynikające z tysiąca poziomów struktur. I taka często występująca służalczość wręcz, wywodząca się od posłuszeństwa wobec przełożonych, zupełnie jak dziecko wobec rodzica, ale w taki dziwny niedobry sposób, nieprzystający dorosłej osobie. Może to wynika z tego, że brakuje dojrzałej kadry menedżerskiej, ale to już inna sprawa.
Od jakiegoś czasu już się nie wkurzam, bo wiem, że praca w budżetówce nauczyła mnie tego, że wiem jak się tu pracuje, czego wolałabym w przyszłości uniknąć, że to nie moje miejsce, i że jeśli chcę coś zmienić, to zależy tylko ode mnie. Szkoda mi tych, którzy wyjścia dla siebie nie widzą, przekładają 20 lat papiery z biurka na biurko, z poczuciem bezsensu, wewnętrznym smutkiem i pustką. A ja wierzę, że naprawdę można żyć inaczej...i mam nadzieję, że niedługo lub wkrótce zacznę...
Z drugiej strony czy aby na pewno dla tych osób i firmy jest to pozytywne, być związanym z jednym miejscem pracy przez połowę swojego życia?
Myślę, że długodystansowość w jednej firmie może być dobra dla obu stron tylko wówczas, gdy jest to firma elastyczna i zmieniająca się wraz z rynkiem, dostosowująca swoją kulturę do swoich czasów. Owszem może zachowywać tradycję i stare wartości, ale dostosowując do tego co nowe na zewnątrz. Wtedy firma się zmienia i rozwija, a z nią i pracownik. Ale wymaga to również oddania ze strony pracownika, rozwija się on w tempie jaki nadaje firma..
Swoją refleksję wysnuwam pod wpływem pracy w budżetówce, obserwacji starych pracowników, którzy swoich zachowań nie zmienili wydaje się od czasów PRL-u, oraz młodych pracowników, którzy sami może nie widząc przesiąkają kulturą budżetówki i nabierają nawyków podobnych do starszych pracowników. To ostatnie mnie przeraża. To zupełnie nie łączy się z entuzjazmem, inicjatywą! odwagą do działania, poczuciem, że mogę zrobić coś sensownego, twórczego itp. Rozumiem, że są ludzie mrówki i ludzie twórczy, że potrzeba każdego, by firma dobrze funkcjonowała. I głęboko wierzę, że każdy pragnie dawać z siebie to co potrafi najlepiej i być godziwie nagradzany (pieniężnie i słownie). Ale przeraża mnie taki system zarządzania, skostniałe struktury pełne regulaminów, papierologia, spychologia i wszechogarniający niepokój, by.... podjąć jakąkolwiek samodzielną decyzję, irytacja na to co nieoczekiwane, zmienne, odmienne od ‘mojego’ sposobu myślenia, dziury w komunikacji wynikające z tysiąca poziomów struktur. I taka często występująca służalczość wręcz, wywodząca się od posłuszeństwa wobec przełożonych, zupełnie jak dziecko wobec rodzica, ale w taki dziwny niedobry sposób, nieprzystający dorosłej osobie. Może to wynika z tego, że brakuje dojrzałej kadry menedżerskiej, ale to już inna sprawa.
Od jakiegoś czasu już się nie wkurzam, bo wiem, że praca w budżetówce nauczyła mnie tego, że wiem jak się tu pracuje, czego wolałabym w przyszłości uniknąć, że to nie moje miejsce, i że jeśli chcę coś zmienić, to zależy tylko ode mnie. Szkoda mi tych, którzy wyjścia dla siebie nie widzą, przekładają 20 lat papiery z biurka na biurko, z poczuciem bezsensu, wewnętrznym smutkiem i pustką. A ja wierzę, że naprawdę można żyć inaczej...i mam nadzieję, że niedługo lub wkrótce zacznę...
2 komentarze:
hmm budżetówka...to zapraszam do pozarządówki:-) tu dopiero można rozwinąć skrzydła: jest twórczo, nieoczekiwanie, zmiennie, papierologia też bywa, na skostniałych pracowników się trafia, dobrych menadżerów, jak wszędzie, jak na lekarstwo, ale ile frajdy i zabawy:) NGO - weź pod uwagę ten skrót podczas swoich poszukiwań:)
Wezmę, wezmę pod uwagę :-) stronkę NGO odwiedzam już regularnie. Pozdrawiam!
Prześlij komentarz