
Jedyne co słyszałam kiedykolwiek o Mertonie to fragment, kilka słów wypowiedzi, czy raczej modlitwy "Panie, nie mam pojęcia dokąd podążam, nie widzę drogi przed sobą, ale wierzę, że... (...)", co było mi bliskie, bo myślę jest kilka typów ludzi; wśród nich są tacy, którzy meandrują, wędrują i szukają całe życie, i tacy, którzy jakby od razu znają kierunek, wiedzą gdzie iść i... strzałka do przodu. Ja do tych ostatnich z pewnością nie należałam.
Okładkę tej książki zauważyłam już dawno temu, ale nie miałam odwagi po nią sięgnąć. Po prostu tak czasami jest. Wiedziałam, że to nie są przelewki, ani fantazja literatury współczesnej.
Przeczytać tę książkę pomogły mi za długie godziny spędzone w pociągu. Bo może w innych warunkach po prostu by się nie udało. Tym razem nikt do mnie nie zagadał, ani ja. Pan na siedzeniu obok oglądał film na laptopie, potem wylał całą kawę na spodnie, i powiedział dwa razy, o kurcze, ale to głupio wygląda. Nic poza tym się nie wydarzyło. Więc przeczytałam.
BARDZO warto było :)
2 komentarze:
O kurcze, ale to musiało kiepsko wyglądać.
Kiedyś wylałem w samolocie cały sok pomidorowy na spodnie. Na szczęście miałem drugą parę przy sobie. Generalnie katastrofa lotnicza, ale chyba dobrze coś takiego przejść, żeby zawsze móc sobie poprawić nastrój. Mina stewardessy, przed którą nagle stanąłem z tym wszystkim - bezcenna.
Dobra książka, pamiętam czytałam ją dawno temu gdzieś na plaży jeszcze stare wydanie, które do dzisiaj stoi na półce.
Wielkie wrażenie...
Prześlij komentarz