Dwa tygodnie temu, gdy zadzwoniłam do filharmonii biletów już nie było. Tydzień temu też nie było. Umówiłam się z panią w kasie, że zadzwonię w środę ok 10.00 - niestety żadna rezerwacja nie została odwołana. Więc poszłam do filharmonii na godzinę przed koncertem i... nie dałam ciała, i bilet kupiłam :)))
Koncert - Leszek Możdżer grał z okazji roku jubileuszowego Chopina i miał grać improwizacje utworów tegoż.
Były to impresje jazzowe i prawdę mówiąc nie wiele rozpoznałam Chopina. Słabo znam jego twórczość, ale i improwizacje były 'poszybowane'. Pojawiły się też: kompozycja z The time, muzyka filmowa, i Bach :) Możdżer w pewnym momencie powiedział, że pianista jest samotny na scenie, i widzi tylko 'te czarne i białe'. Przyniósł ze sobą szklankę, koraliki i materiały, które nakładał na struny w trakcie grania. Widocznie te czarne i białe nie wystarczają muzykowi w zielonych oprawkach, kitku, który wbiega i wybiega ze sceny. I teraz wiem skąd na jego płytach są takie dźwięki. Tak więc koncert w Filharmonii Narodowej wykroczył poza klasykę i schematy, których po prostu w przypadku muzyki tej osoby nie ma. Jest za to nieprzewidywalność, improwizacja, odkrywanie i taka autentyczna radość i pasja z grania. Koncert był dla mnie niezwykłym muzycznym doświadczeniem i fascynującą obserwacją sympatycznego mężczyzny w stanie flow (psychologicznym rzecz jasna :)).
Ach... było cudownie.
Love love love będę pisać na murach... ;)
2 komentarze:
Musze się w końcu wybrać na jego koncert. Mam w domu jakieś jego płyty, ale nie mogę się wsłuchać, to chyba nie to miejsce. Musze iść na koncert!
Mirku, jak będziesz miał okazję, wybierz się na koncert KONIECZNIE!! :) Jeszcze się po wczorajszym nie otrząsnęłam...ech :)
Prześlij komentarz