Znajduję się w samym centrum przedstawicieli singli dużego miasta i obserwuję wokół dużą potrzebę bycia w związku zarówno u kobiet, jak i kolegów... Problem jest faktyczny, rzeczywisty i dość poważny. Zwłaszcza około 30-stki, kiedy zegar biologiczny kobiet tyka, a koledzy mówią, że czują się jakby odjechał im ostatni pociąg. Po 30-stce kiedy charaktery i osobowości kostnieją i ludzie stają się co raz mniej podatni na zmiany, chęci i odwaga do dopasowywania są odwrotnie proporcjonalne do pragnienia bycia w związku.
Nie zdają sobie sprawy jednak ci, którzy są sfrustrowani, że bycie w związku też bywa powodem frustracji i wielu trudności. Niektórzy znalezienie partnera traktują jak zadanie (bo nigdy nie byli w związku i chcą udowodnić coś sobie lub innym-że potrafią), inni jako wyśnione i wymarzone źródło szczęśliwości, inni jako obiekt do opiekowania się, bo nie lubią być sami... A przecież źródłem szczęścia powinniśmy być przede wszystkim sami dla siebie. Bo każdy z motywów wymienionych, a jest ich więcej, służy do świadomego lub nie-, ale przedmiotowego traktowania drugiego. Zastanawiam się czy uwolnienie się od tego jest w ogóle możliwe? A może życie polega właśnie na tym, że jesteśmy sobie potrzebni i zaspakajamy świadome lub nie- potrzeby? (opieki, afiliacji, społecznej akceptacji itp.)? A jeśli ktoś po latach w związku dojrzeje i potrzeba pierwotna ulegnie zmianie? (co z partnerem, on zmieni sposób zachowania, czy związek ulegnie rozpadowi?)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz